Kate Boss - BLOG

O autorze ↓

Maciej Bąk. Jest miliard prawdziwych facetów

www.kateboss.pl zdjęcia: Fabiola Jaghnoun-Jurga
Muzyk, gitarzysta zespołów Letters From Silence, The Lumberjack i Stardust Memories, kompozytor, realizator i producent nagrań. To zawodowo. Prywatnie po prostu fajny, mądry gość, z którym zawsze jest o czym rozmawiać. Jest świetnym przykładem na to, że można zarówno pracować w korporacji, jak i realizować się w swojej pasji, która z czasem staje się sposobem na życie. To historia o życiu z muzyką i o życiu w ogóle.

Kiedy byłem małym chłopcem…

chciałem zostać malarzem. Zupełnie serio – chodziłem na zajęcia plastyczne, w domu malowałem, rysowałem. Myślę, że nie wynikało to z autentycznego zamiłowania do malowania jako takiego, ile do robienia czegoś hmmm…”uduchowionego”. Zawsze ciągnęło mnie do rzeczy, w które można „wejść od razu”, bez przygotowań, bez skupionego, zegarmistrzowskiego ceremoniału, bez rozpakowywania narzędzi „krok po kroku”, bez ogarniania z pietyzmem stanowiska pracy. Myślę, że dlatego byłem bałaganiarzem (jestem nim trochę nadal). Kiedy w coś się angażowałem, zostawiałem wszystko na boku.

Tak było z nauką, odrabianiem lekcji, potem grą na gitarze… wsiąkałem w temat, obładowany rozrzuconymi rzeczami wokół – zeszytami, talerzami z resztkami jedzenia, książkami, różnymi drobiazgami, ciuchami. Był to też rodzaj sprzeciwu wobec rodziców oczywiście. Z drugiej strony, dzięki nim i dzięki ich naciskom na „porządek” (w znaczeniu dosłownym, ale też w znaczeniu dobrej organizacji), jeżeli zabieram się za coś, bardzo szybko wiem, co chcę zrobić i mam w głowie gotowy plan, którego nie muszę nawet zapisywać.

Gitarą zaraził mnie Tata, oraz mój wujek, który puszczał mi Deep Purple i Led Zeppelin, kiedy jeszcze byłem na etapie Michaela Jacksona, Queen i Modern Talking, haha! Tata pokazał mi pierwsze ogniskowe akordy, a pierwszym instrumentem była rosyjska gitara jeszcze z czasów jego studiów. Wiór kompletny, w końcu wyschła przy kaloryferze i popękała. Nauczyła mnie jednak pokory do instrumentu i świadomości, że nie da się zagrać wszystkiego od razu, że nie możesz mieć od razu Fendera, Gibsona czy Martina ale musisz pracować z tym, co masz. Notabene, kiedy muzykowanie przybrało bardziej realne kształty, rodzice kupili mi koreańskiego Fendera, o ironio! Na tej gitarze akustycznej gram do dzisiaj i nagrywam, mimo tego, że oczywiście nie jest to instrument z górnej półki.

Więcej inspirujących materiałów na www.kateboss.pl


W kwestii spraw podwórkowych… zawsze byłem trochę outsiderem, ponieważ nie lubiłem i nie potrafiłem grać w nogę! W piaskownicy bawiłem się resorakami, potem czytałem powieści science fiction i miałem raczej jednego – dwóch bliskich przyjaciół, z którymi łaziłem tu i tam. Mniej więcej w wieku 17 lat doznałem olśnienia, czy też tąpnięcia… Wiedziałem już, co jest rzeczą, która daje czystą, absolutną, nieskalaną przyjemność i jednocześnie jest jak surfing, jak ślizganie się po maśle, czymś totalnie intuicyjnym, pozaracjonalnym, czymś kompletnie naturalnym, co płynie prosto z serca, czymś odruchowym i swobodnym. Było to granie i robienie muzyki. Po prostu. To był TEN moment, MOMENT, który mocno zaważył na moim postrzeganiu życia i dalszych przygód.

Miałem zostać programistą…

W podstawówce kręciły mnie bardzo komputery, programowanie, gry, ale znów – chyba na zasadzie czegoś twórczego – pogrążania się w jakiejś tematyce, oderwania od codzienności, szukania swojego flow. Komputery były wtedy czymś nieco bardziej magicznym, niż teraz. Były dla zapaleńców, ale wtedy jeszcze nie kojarzyli się oni z zapyziałymi nerdami. Z rozpędu poszedłem na mat-fiz do liceum, a potem na Politechnikę Warszawską, gdzie skończyłem tę telekomunikację, i kosztowało mnie to trochę zdrowia. Z drugiej strony, dzięki temu nigdy nie miałem finansowych czy zawodowych problemów, epizodu głodnego artysty i nigdy muzyka nie stała się dla mnie znienawidzonym przymusem.

Więcej inspirujących materiałów na www.kateboss.pl
Muzyka…

Muzyka jest jak oddychanie. Czymś, co robisz i chłoniesz, płyniesz. Nie myślisz. Czujesz i lecisz. Jest esencją. Jest czystą emocją i intuicją. Jest seksem. Jest czuciem. Jest zapomnieniem.

Jest też sposobem na życie. Aktualnie, poza graniem i komponowaniem, współtworzeniem kilku zespołów (Letters From Silence,The Lumberjack, Stardust Memories), prowadzę własną działalność jako producent, realizator, mikser w ramach mojego studia RetroVibeStudio.
Pracuję na pół etatu w „tradycyjnej firmie” jako konsultant muzyczny i to mi daje stabilizację finansową, ale też muzyczną wolność. Gram i robię w muzyce to, co mnie kręci, w czym widzę potencjał, co jest rozwojowe dla mnie, zwyczajnie ciekawe. Można więc powiedzieć, że muzyką zajmuje się i czynnie i biernie, i wokół niej kręci się moje życie. Cieszy mnie to. W gruncie rzeczy właśnie o to chodziło, po prostu robię to i już. Przy czym robię to jednak zawodowo, a nie do szuflady, uprawianie muzyki dla siebie i „w czterech ścianach” nie interesuje mnie zupełnie.

Więcej inspirujących materiałów na www.kateboss.pl

Pierwszy raz usłyszałem muzykę…

Prawdopodobnie w radiu w domu u rodziców. A może w telewizji albo ze starego szpulowego magnetofonu, który mieli rodzice? Na taśmach nagrane były stare hity z epoki. Jakieś Oddziały Zamknięte, „Małe Maggie”, LaBamby, Lambady i inne Michaele Jacksony… a potem było mnóstwo innych wykonawców i już świadome słuchanie i świadome szukanie… Ostatnio słucham The Arcs i polecam bardzo.

Kiedy gram…

Płynę i lecę!
Szukam intensywności i kontry, ścierania się, napięcia, buzowania, intensywnych emocji. Zachwytu, ekscytacji, uniesienia, śmiechu, odprężenia, agresji, finezji. Intymności i baroku, patosu i minimalizmu. Brudu i nieładu, emocji uporządkowanych poprzez ich intuicyjny przekaz.
Nie umiem grać muzyki zbyt spokojnej, zbyt wyważonej, wiotkiej jak balon z upuszczonym do połowy powietrzem. Nawet spokojna, delikatna muzyka musi mieć momenty zawieszenia, szczyty, przestrzenie. Musi otwierać usta ze zdumienia i poszerzać źrenice z przyjemności. Kiedy gram, chcę czuć się jak podczas uprawiania miłości.

Więcej inspirujących materiałów na www.kateboss.pl

Szukam…

W muzyce? To już wiesz.

W życiu? Hmmm … Myślę, że nieustannie szukam miłości, bliskości, porozumienia i oddania. I szukam też harmonijnego współistnienia wolności, spokoju, bezpieczeństwa, a jednocześnie zmian, perspektyw, możliwości, szans. Tak, to jest dla mnie bardzo ważne – tworzenie nowych możliwości, rozwój, próbowanie różnych nowych rzeczy. Jeden krok, który rozgałęzia się na tysiąc kolejnych. W każdej dziedzinie życia.
Nie przepadam za degradującą stabilizacją, nudą (jakkolwiek to rozumieć) i strachem przed zmianami. Muszę się nieustannie stymulować i wybijać ze strefy komfortu, bo inaczej popadłbym w apatię i nadmierną melancholię :) Przekornie jednak … nie znoszę sztucznego, kompulsywnego pośpiechu, poganiania, szukam wyważonego, swojego tempa! Nie lubię spełniać czyichś zachcianek za wszelką cenę, ani tonąć w potoku słów i szumie informacyjnym. Cenię spokój. Czasem szukam totalnego oderwania i uciekam od zgiełku codzienności.

Więcej inspirujących materiałów na www.kateboss.pl

Słowa, które brzmią jak muzyka dla Ciebie to…

Dobre pytanie … nie umiem na nie odpowiedzieć. Ok, może spróbujmy. To są słowa, które słyszę od kobiety po tym, jak uprawiam miłość. Cokolwiek wtedy mówi, w tym stanie ja słyszę muzykę, haha!

Prawdziwy mężczyzna…

Jest miliard prawdziwych facetów. Facet to inicjatywa, wigor, odpowiedzialność i świadomość własnych ograniczeń. Autentyczność wobec samego siebie i innych, i poszukiwanie tej autentyczności na co dzień. Hardość. Niedopracowanie. Facet, czy też męskość, to energia, brzydka energia, która nieustannie tańczy z tą piękniejszą energią Wszechświata, dzięki czemu mamy jako-taką równowagę.

Radość i szczęście…

pojawiają się w specyficznych momentach… kiedy mam wolny czas mogę zajmować się tym, co aktualnie dla mnie ważne, kiedy dopisuje pogoda, kiedy robię nową płytę, kiedy gram na scenie, kiedy nagrywam… Najwięcej daje mi jednak przebywanie z innymi ludźmi. Mimo, że pozornie jestem typem samotnika i rzeczywiście często spędzam czas sam, to jednak nie ma szczęścia i radości bez dzielenia go z innymi. Słabe to szczęście, jeśli człowiek ma swoje emocje tylko dla siebie. Nie wierzę w wieczne bycie singlem, w nieodczuwanie chęci bycia z ludźmi, w wiecznych samotników. Za samotnością, tą notoryczną, zawsze kryje się coś smutnego, jakieś złe doświadczenia. Nie ma szczęśliwych samotników.

Oczywiście radość i szczęście wynikają też z zajmowania się tym, co się najzwyczajniej w świecie lubi. Ja lubię muzykę. Specyficzną muzykę. Zajmowanie się nią promieniuje na wszystkie dziedziny mojego życia.

No i dodam, że radość i szczęście dla mnie nierozerwalnie wiąże się z wolnością i swobodą czasową. Czas wolny, czas odpoczynku i relaksu jest cholernie ważny. Jest paliwem i balsamem. Tak czy siak, do pełnego szczęścia w moim życiu potrzebni są ludzie. Miłość i przyjaciele. I to jest dopiero wyzwanie!

Więcej inspirujących materiałów na www.kateboss.pl

Styl to…

Myślę, że styl to po prostu dobre i trafne odbicie osobowości danej osoby w rzeczach, którymi się otacza. Odbicie skrojone intuicyjnie i „uszyte na miarę”, pasujące „jak ulał”. Skrojone w taki sposób, który podkreśla zalety osoby, dodaje sznytu, „dopełnia”, tuszuje niedoskonałości (ale też bez przesady, dobry styl nie oznacza idealizowania czy usilnego upiększania samego siebie). Taki naturalny, niewymuszony, dobrze dopasowany styl będzie zawsze „dobry”. Bez względu na epoki, mody czy etykiety „sportowy”, „oficjalny”, „lumperski”, „rockowy”, „zdzirowaty”, „hipsterski”, kluczowe jest dopasowanie do osobowości.
Przy czym umiejętność tego dopasowania, z uwzględnieniem kontekstu, mody, zawodu, stanowiska bla bla… to już zupełnie inne, bogate zagadnienie, wręcz zagadnienie kosmiczne, cała dziedzina. Mocna, wyrazista, oryginalna osobowość, jest wdzięcznym materiałem do „opakowania” w jakiś styl. Ona stylem w zasadzie emanuje, i wówczas dobranie całego „stylowego oprzyrządowania” jest chyba stosunkowo łatwe. Tak sądzę.

Styl przejawia się w zasadzie we wszystkim… w sposobie poruszania się, dobierania garderoby, fryzury, kosmetyków, mebli, wystroju wnętrza w domu, samochodu … uff…. trochę sporo tego…. zluzujmy, nie wariujmy … Dla mnie wiąże się przede wszystkim, ze sposobem poruszania się, mową ciała i garderobą. Styl to nasza druga, dopasowana, „wyjściowa” skóra.

Mój styl to…

Jak do wielu rzeczy w życiu, do stylu podchodzę dość intuicyjnie. Instynktownie wiem, co mi się podoba, a co nie. Nie sądzę, żeby mój styl był jednoznacznie „jakiś”, żeby podążał za jedną, najnowszą modą. Przede wszystkim lubię nonszalancję pomieszaną z odrobiną elegancji, zadziorności i zmysłowości. Lubię lekko podniszczone, „zdezelowane” i „rdzewiejące” ciuchy, lekki nieład, bałagan. Zużywamy się, niszczejemy, a rzeczy skrajnie idealne są po prostu nudne.
Lubię chaos na głowie i przełamywanie konwencji elegancki/sportowy/klasyczny/nowoczesny. Lubię mieszać używane ciuchy, ubrania „vintage” z nowymi kolekcjami. Przełamywać typowo „męski”, „gentelmeński” styl (marynarki, skórzane obuwie, płaszcze) jakimiś bardziej „plebejskimi” dodatkami. Kręci mnie obecna moda „na lumpa”, komponowanie stroju z rzeczy pozornie schodzonych, sportowych, obciachowych. Jedyną zasadą, jaką się kieruję świadomie, jest w zasadzie dobór kolorów. Intuicyjnie dążę teraz do kolorów jednolitych, czerni, szarości, granatów, lubię też brąz. Ale unikam najczęściej krzykliwej pstrokacizny i kontrastowych zestawień barw. Cała reszta to improwizacja.

Więcej inspirujących materiałów na www.kateboss.pl

Ulubione miejsca w Warszawie…

Przewrotnie opowiem o lokalizacjach. Uwielbiam dalekie rejony Kabat, Wilanowa, Białołęki, tam, gdzie kończy się osiedle i zaczyna las lub pole. Wychowałem się w takich okolicach, stąd mój sentyment. Lubię nabrzeże Wisły – ale to dzikie, bliżej Mostu Siekierkowskiego, niż zagłębia klubowego. Zwłaszcza jesienią, taką, jak teraz.

Uwielbiam Mokotów w okolicach Parku Morskie Oko, Plac Wilsona, Pola Mokotowskie. Oczywiście Łazienki, Park Skaryszewski, Nowe Miasto.

Z klubów i lokali – tu chyba nie odkryję Ameryki – Cafe Kulturalna, Zbawix, Regeneracja, Pawilony, PKP Powiśle, Resort przy Placu Bankowym, Bar Studio, Pardon To-Tu. Kapitalny miejscem była kamienica 5-10-15, szkoda, że to było 5 lat temu. Uwielbiałem klub Huśtawka za jego „tarrantinowsko-lunchowski” klimat., dawną Jadłodajnię Filozoficzną, Obiekt Znaleziony, stary Tygmont.

A poza tym nowe miejsca przychodzą i odchodzą, trochę zlewają mi się w jeden ciąg, ważniejsze od miejsc jest dla mnie to, jakich ludzi tam spotykam. A ludzie mają to do siebie, że bywają raz tu, raz tam, więc klimat miejsc zmienia się na przestrzeni lat.
Więcej inspirujących materiałów na www.kateboss.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...