Przez 18 lat budowali pałac na Mazurach. Tak powstał Dom Klasycznego Piękna

Joanna i Piotr wraz z Bazylim i Bankierem. www.kateboss.pl
Jedna z cech, jaka łączy ludzi mających swój niepowtarzalny styl, to umiejętność bezkompromisowego budowania przestrzeni wokół siebie, dokładnie według własnych wyobrażeń. Mają oni również fantastyczny dar dostrzegania detali i układania ich tak, by stworzyły niepowtarzalną, energetyczną całość. Tak powstają wnętrza, w których chce się być i do których chce się wracać. Takie właśnie stworzyła Joanna, która jest bohaterką tej opowieści.

Pewnie byłaby to historia jakich wiele, gdyby nie fakt, że ta eteryczna i jednocześnie silna kobieta wraz z swoim mężem, odbudowała kilkusetletni pałac z odtworzeniem wszelkich możliwych detali. To pobudza wyobraźnię, kiedy stąpa się po tych samych drewnianych podłogach, po których chodzili ludzie 300 lat temu... I jeszcze jedno. Ten dom nie powstałby gdyby nie tandem, wspierających się i kochających ludzi, którzy mają w życiu ten sam cel.



Opowiada Joanna
Moje dzieciństwo to pełna wolność i wspomnienia z Muszyny, gdzie już jako czterolatka sama łaziłam po okolicznych lasach, górkach, wymyślając różne historie i marząc o życiu księżniczki… Miałam swoje koty, kogutki i nieograniczoną wolność. W pokoju gdzie spałam stał fortepian – moje łóżko było do połowy pod niego wsunięte. Do dziś pamiętam malutkie kawałki drewna pieczołowicie złożone i składające się na jego dno. Kiedy nie mogłam zasnąć, prosiłam tatę “zagraj mi Beethovena”. I grał. Więc mój dom rodzinny to ojciec – człowiek renesansu: kompozytor muzyki współczesnej, profesor kompozycji, malarz, rzeźbiarz, myśliciel. Człowiek absolutnie zasadniczy i odpowiedzialny. Mój mąż nazywa go przez to kosmitą – w dzisiejszych czasach jest jak z innej planety.

Całe życie mojego taty to myślenie, tworzenie i uczenie. Pracował nocami, męcząc nas w domu powtarzalnymi sekwencjami wygrywanymi na instrumencie, bo tak czasem wygląda praca kompozytora.
Kiedyś w Nakomiadach na fortepianie leżały nuty jakiegoś utworu nad którym pracował. Podeszła do nich niemiecka kompozytorka i powiedziała: jesteś jak twój ojciec – kiedy się patrzy na jego nuty widać całą strukturę muzyki, która została stworzona w jego głowie i przeniesiona na papier. Ty tak samo tworzysz struktury swoich wnętrz – idealnie ułożone, tylko zamiast nut układasz kolory.

Zresztą, z tym związana jest pewna historia. Nie od razu wiedziałam, jak nasz dom powinien w środku wyglądać. Poszłam na koncert mojego ojca i w trakcie utworu, który napisał po śmierci mojej mamy, nagle przed moimi wewnętrznymi oczami zaczęłam iść od pokoju do pokoju, widząc wnętrza w kolorach: mieszanki starych zieleni z pudrowymi różami, czekoladą, miętą z bordeaux, fioletami ze złotem, popielami i szarościami z bakłażanem, niebieskościami z beżem. Widziałam w głowie zasłony miękko osiadające na ziemi, podtrzymane błyszczącymi chwostami, stare dywany, fornirowane meble, przetarcia marmuru na podłodze. W tym co opowiadam, mieszam nazwy kolorów z nazwami win i jedzenia, bo w życiu wykorzystuję wszystkie zmysły w tym co robię.
Mój dom to książki. Jako dziecko uwielbiałam czytać libretta oper albo encyklopedię. No nie wiem dlaczego akurat to – może po prostu stały na półkach, do których najłatwiej było mi sięgnąć. A później, kiedy miałam kilkanaście lat – to były próby uniknięcia odrabiania zadanych lekcji na rzecz spędzenia czasu na kanapie w towarzystwie Dostojewskiego, Manna, Prousta – czyli odrabianie lekcji z literatury. No i dyskusje – w domu się rozmawiało, w domu pojawiali się mądrzy ludzie i dyskutowało się o różnych sprawach: o religii, polityce, muzyce, historii, etyce.

Jestem zwolenniczką teorii, że człowiek nie rodzi się jako niezapisana karta. Są geny i jest to coś, co powoduje, że od urodzenia mamy pewien zasób intelektualny, pewną zdolność, z której czerpiemy przez całe życie. Do tego oczywiście dochodzi sposób wychowania, postawy rodziców i prezentowane wartości. No i szkoła. Miałam szczęście, że z powodu niewłaściwych – na początku lat osiemdziesiątych – poglądów, wyrzucono mnie ze szkoły, dzięki czemu trafiłam do V Liceum w Krakowie. To było właściwie miejsce dla mnie, bo dające wiele wolności. Brak rygoru i dawanie wyboru młodym ludziom, powodował początkowo wrażenie, iż spędzimy życie jako wyrzutki społeczeństwa – po prostu korzystaliśmy mocno z naszej młodości. Ale z tej krakowskiej grupy moich rówieśników wyrosło naprawdę wielu znakomitych dziennikarzy, prawników, lekarzy, ludzi którzy sporo w swoim życiu zbudowali. Poza tym – Kraków, to dość hermetyczne środowisko, ale zachowujące wiele słusznych zasad. Do domu mojej przyjaciółki nie wolno było dzwonić przed 9 rano i po 9 wieczorem. Ja miałam prawo łamania tego zakazu – ale myślę, że go dostałam, bo jej ojciec wiedział, że nigdy tego nie zrobię. To jest właśnie zobowiązanie płynące z przywilejów, tak jak odpowiedzialność jest powiązana z wolnością. To jest moje rozumienie “noblesse oblige” – jeśli miałam ten przywilej, by dostać wiedzę, wartości i zasady – to dzielę się nimi.

Więc jeśli pytasz o dom, to jest wielka mieszanka emocji, uczuć, zapachów, scen, nauki, szczęścia, kolorów, światła, odkrywania, uczenia się. Dom muzyki i malarstwa.
Zbudować dom...

No nie, kupić pałac to nie taka łatwa rzecz. Szczególnie jeśli się ma trzydzieści lat i nie jest się spadkobiercą wielkiej fortuny. Wyjechałam z domu rodzinnego z jedną walizką i właściwie na wszystko zapracowałam sama. Aby kupić pałac, Piotr sprzedał swoje mieszkanie, łódź żaglową, motor – sporo. Ale było w nim tyle pasji i tyle zacięcia, aby zrealizować to marzenie, że nigdy nie widziałam innej drogi, jak tylko wspieranie go.

Wiem, że o wielu trudnościach po prostu mi nie mówił. Chyba nie byłabym w stanie znieść tylu obciążeń ile on miał. Kilka lat po kupieniu Nakomiad, rozstaliśmy się z naszym partnerem biznesowym, którego musieliśmy spłacić. Piotr w międzyczasie stracił pracę, przyszedł kryzys. Byliśmy tak bardzo obciążeni finansowo, że nie wiem jak to przetrzymaliśmy. Wielokrotnie spotykałam się z komentarzami “no, ci to się musieli nakraść”. Nie reaguję już na to. Wystarczy, że sama wiem, ile nas to kosztowało wysiłku. Jestem typem pracoholika, nie wyjdę z pracy, nie położę się spać, zanim nie skończę. Lata temu, co parę miesięcy, lądowałam w szpitalu lub na pogotowiu, organizm jakoś nie wytrzymywał, ale po kroplówce z potasem i inną chemią, wszystko teoretycznie wracało do normy. Więc znam cenę wysiłku. Ale sposób pracy wynika z pasji.

Większość rzeczy w tym domu zrobiłam sama – sama zaprojektowałam wnętrza - dobrałam kolory, kupiłam farby, zrobiłam próby, a potem ktoś inny pomalował. Za wyjątkiem całych piwnic – te 400 m2 z krzyżowymi sklepieniami malowałam sama. Kupiłam każdy mebel, każdy dywan, oczyściłam wszystkie stare futryny – na niektórych było po 6-7 warstw farby olejnej.
Jestem specjalistą sprawnie posługującym się lampą do opalania, wiem, jakie preparaty chemiczne najlepiej ściągają stare powłoki. Wiem co można zrobić szpachlą, do czego użyć szczotki metalowej, gdzie wykorzystać dłuta. Mam całe kolekcje narzędzi: od szlifierki do dużych, tzw. czołgów, po precyzyjne, z nakładkami z metalowych szczotek, kamiennych trzpieni, pilników w różnych kształtach. Nie wiem, jak to się nazywa, ale wiem jak tego użyć. Mam piły elektryczne, lisie ogony, wycinarki, flexy. Nauczyłam się trawić szkło, więc sama wytrawiłam wzory na szybach nad drzwiami.

Drzwi… jest ich w pałacu ok. 45. Wszystkie malowałam sama. Malowanie płycin, schnięcie, malowanie pozostałej części, schnięcie, szlifowanie i od początku. Później druga strona tak samo. Uszyłam wszystkie zasłony w pałacu; tapicerkę na kilka foteli, wiele narzut na łóżka, zrobiłam tapicerkę na razie tylko jednej sofy biedermeierowskiej. Tapicerowane wezgłowia łóżek wycinam sama z szablonu i zawożę do tapicera, zamawiając obicie z kupionego materiału według mojego pomysłu. Po remoncie wymieniłam mocowania wszystkich karniszy, bo specjaliści mieli zwyczaj wiercenia dziur o średnicy 12 mm, a wkładali w to kołek o przekroju 8 mm. Mogło komuś spaść na głowę, tym bardziej, że zasłony mają po 4,5 m długości, więc jest to spory ciężar. Wymieniłam też wszystkie spoiny silikonowe we wszystkich łazienkach – przy brodzikach i umywalkach. Jestem już chyba znawcą sylikonu i akrylu. I jeszcze pomalowałam wszystkie listwy przypodłogowe – prawie kilometr. Większość żyrandoli wieszaliśmy sami z mężem. W jednej z łazienek położyłam cokoły ceramiczne, sama tnąc te narożne – to było najtrudniejsze – przyciąć płytki pod kątem 45 stopni, aby dobrze zeszły się na narożnikach. Udało się.
Zatem tworzenie domu, to tworzenie historii związanej z tym domem. Kłótnie o to, czy w kotłowni na podłodze położyć gres czy wapień. Czy czarne kwadraciki marmuru we francuskim wzorze podłóg powinny mieć brzegi po 7 czy po 12 cm. Wnoszenie szaf po schodach. Zmęczenie i pył we włosach, na twarzy. To dodawanie kolejnych drobiazgów tworzących miejsce, w którym mieszkamy. No i drzewa – posadzone przez Piotra już chyba kilkanaście tysięcy grabów, dębów i lip. Tworzenie parku i ogrodu warzywnego. Przeżywane historie i ludzie, którzy tu przyjeżdżają. Tworzenie krajobrazu i relacji. Zawsze autentycznie, prawdziwie. To jest chyba to, co odróżnia nasz dom, nazywany Domem Klasycznego Piękna, od wyremontowanych pałaców czy zamków. Faktem jest, że nigdy bym tu nie zaakceptowała drzwi ze sklejki, z wstawionymi szybkami i złotymi szprosami, ani imitacji drewna czy marmuru, brrrr. Kochamy nasze metalowe, barokowe zamki w drzwiach, odtworzone na wzór tych, które były tu kiedyś. Uwielbiamy odtworzone ze starych, mosiężne klameczki w oknach; trzystuletnie stopnie schodów – strasznie pochyłe i trudne w użytkowaniu, ale prawdziwe, wygniecione stopami dziesiątek pokoleń ludzi, dla których to był dom.
Z szacunku do przeszłości...

Udawanie, że przeszłości nie było, po prostu nie ma sensu. Ona jest w nas i wokół nas. To nie jest tak, że wszystko wymyśliliśmy dzisiaj. Jak spojrzysz na ornamenty gotyckie, średniowieczne to zobaczysz, że wiele z nich mogłoby się znaleźć w domach z lat 60-tych. Że ktoś już wcześniej odkrył wzory geometryczne, rustykalne kwiatki i niesamowite zestawienia kolorystyczne. Gdyby nie przeszłość nie byłoby muzyki Chopina, Mozarta, Beethovena czy Mahlera. Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Albo nie byłoby obrazów Rubensa czy Van Gogha. Ja tę przeszłość szanuję, bo z niej się uczę. Moja mama była historykiem sztuki – jak pracowała w krakowskiej Desie, to spędzałam tam czas, oglądając komody i przepiękne wachlarze. Jak pracowała na Wawelu, to włóczyłam się po zamkniętych dla turystów komnatach, wchłaniając wszystko to, co tak niesamowite, i co stworzyli ludzie. Kiedy kupiliśmy Nakomiady, ich ostatni właściciele – rodzina von Redecker – od razu nawiązali z nami kontakt. Byli szczęśliwi, że dom wreszcie znalazł gospodarza. Nigdy nie pojawiły się obawy, że my jesteśmy Polakami, a oni Niemcami. Dzielimy jeden dom, z którym oni wiążą historię wielu pokoleń. Od Elisabeth von Redecker dostałam jej wielkie obrusy szyte na stoły w Nakomiadach, od Christiana (jej syna) dwa komplety srebrnych sztućców – po jednym dla każdego z nas. Zdekompletowali zestaw, jedyny jaki udało im się uratować z domu w Nakomiadach, ale chcieli się nim z nami podzielić. Komunikacja i budowanie relacji – tymi kategoriami patrzmy na ludzi mówiących w innym języku, a nie przez pryzmat odgrzewanych nienawiści wynikających z braku wiedzy, edukacji, otwartości i chęci zmian.
Wszystko co nas otacza, było kiedyś stworzone przez jakichś ludzi. Jeśli ich krajanie zrobili coś złego, to piszmy o tym, uczmy o tym, ale nie rujnujmy ich domów, bo to głupie. Te domy są swoistymi dziełami sztuki i stanowią element budujący krajobraz historyczny. Bez historii … sami wiemy co się dzieje. Dlatego Piotr dba o kamienie przydrożne (lata temu za jego przyczyną wybuchła w Nakomiadach tzw. afera z kamieniem Bismarcka). Staramy się dbać o opuszczone cmentarze. Jeśli my chcielibyśmy, by dbano o cmentarze polskie za granicami, to popatrzmy na to, co zrobiliśmy z tymi poniemieckimi. To świadczy o naszej kulturze, albo niestety o jej braku.
Święta...

Święta to czas prywatny. Zupełnie nasz. W Bożym Narodzeniu najpiękniejsze jest przeżywanie czasu przed – grudniowe zwariowanie, chęć zakończenia wszystkiego co pilne, myślenie o nadchodzącym magicznym czasie, który ma wszystko zmienić na lepsze. To jedyna specjalna okazja – kiedy ja, kobieta zawsze zajęta, zamykam się w kuchni z kapustą, cebulą i masłem i robię pierogi zgodnie z krakowską recepturą – ze świeżej kapusty, którą należy posiekać, odcisnąć, a potem smażyć w minimalnej temperaturze. Samo zrobienie farszu trwa około 8 godzin. Są tak strasznie czasochłonne, że robi się je tylko na Boże Narodzenie. I wyjątkowo pyszne. A poza tym, w Święta spotykamy się z naszymi mazurskimi przyjaciółmi, cieszymy się byciem razem, smakowaniem wyjątkowych, bo świątecznych win i specjałów, wykonanych przez inne kobiety biznesu, które to (w przypadku moich znajomych) wszystkie znakomicie gotują. Ja podobno też.
Mój styl…

Mmmm, futra – moje obecnie ulubione, to klasyczna parka podbita biszkoptowymi norkami. Cała jestem sprzecznościami, jak mój znak zodiaku – dwie ryby płynące w przeciwnych kierunkach. Ale umiejętność panowania nad sprzecznościami i kontrastami to najlepsza zabawa.

Mój styl jest bardzo kobiecy – trudno mi to zdefiniować, to się po prostu czuje. Jest powiązany z zakładaniem jedwabnej sukienki, pończoch i wsuwaniu stóp w piękne buty na obcasie. Robię krok, drugi, trzeci i czuję się … świetnie. Ale drugi dzień przynosi robotę, do której zakładam parkę, dżinsy i buty na traktorze. Nawet tak ubrana, nie pozwolę sobie na zaniedbane paznokcie. Większość osób nigdy nie widziała mnie bez idealnego manicure ‘u. I on nie przeszkadza w nakładaniu tamponem 70 warstw politury – po prostu mam największą kolekcję rękawiczek ochronnych – gumowych, cienkich, grubych, skórzanych, tkaninowych, długich, krótkich – wszelkich.

Uwielbiam jedwabie, kaszmiry, klasyczną elegancję i sportowe kurtki. Dżinsy, buty do lasu i futro przy twarzy. Ale jeśli złapię gumę to wymieniam koło sama. Nie czyni mnie to mniej seksowną – bo to się mieści w mózgu, a nie w obcasie, nawet od Louboutine’a.
Joanna oczami Piotra...

Moja żona jest nie tylko piękną, lecz także mądrą kobietą. Dobrze się rozumiemy. Dość często zdarza nam się pomyśleć o tym samym jednocześnie. Siedzimy na przykład w kuchni, Joanna gotuje, ja robię coś innego, ale nasze myśli – choć osobne – to jednak spotykają się dokładnie w tym samym miejscu, gdzieś na drugim końcu świata. Chemia mózgu? Po tylu latach razem, przeszliśmy na zupełnie inny stopień zażyłości.

Oprócz uczucia, zwyczajnie się lubimy i przyjaźnimy. Kiedyś, pamiętam, bardzo wzruszyła mnie pewna scena, której byłem świadkiem. Pojechałem do Olsztyna, po starszego już wtedy pana – inżyniera, który miał mi pomóc w zaplanowaniu instalacji w pałacu. To była zima. Odbierałem go spod domu. Razem z nim, wyszła starsza pani – jego żona, która dała mu kanapkę i termos, czule go całując. Do tej pory mam przed oczami ten obraz – ludzi, którzy już nie patrzą na siebie przez pryzmat cielesności, ale poprzez oddanie, troskę i czułość. I wiele, wiele lat później, taka sytuacja wydarzyła się po raz drugi. Gdzieś wyjeżdżałem i rozegrała się dokładnie ta sama scena, tylko już z naszym udziałem. Jestem zamknięty w sobie i trudno mi mówić o uczuciach czy emocjach, ale to dla mnie jest właśnie miłość. Albo wtedy, kiedy jedno z nas jest w drodze – drugie wieczorem nie napije się alkoholu. Tak na wszelki wypadek.
Czasem, przyznam, najpierw myśli o naszych psach, a potem o mnie. Czasem żyjemy jak włoska rodzina – weekend bez kłótni, to weekend stracony. To taka nasza komedia. Jedno drugiemu pola nie ustępuje, a jednak gdzieś tam ustępuje. Joanna bywa uparta, ale to ja mam tendencje do stawiania na swoim. Bardzo cienię w niej to, że potrafi w takich sytuacjach odpuścić. I że ma zasady, które są ponad wszystko, nawet jej własny interes. Joanna jest najważniejszym i najbliższym dla mnie człowiekiem.
Piotr...

Piotr to wolność. Człowiek noszący i dający wolność. Nigdy w niczym mnie nie ograniczał. Jest na tyle silny, że potrafi tę moją kontrastowość i sprzeczności znieść. No i inteligencja. Kobiety, które nie są głupie, mają sporo trudności w życiu. Bo często mężczyźni nie potrafi pogodzić się z tym, że kobieta może mieć w wielu sytuacjach gotowe rozwiązanie. Myśleć logicznie. Nie mogą się z tym pogodzić, więc nie mogą z takimi kobietami być. Przy męskim ego, o skrzydłach niemieszczących się w hangarze, problem narasta w tempie geometrycznym. Piotr ma swoje wizje, swoje cele, do których dąży, które realizuje.

Potrzebuje do tego przestrzeni i czasu. Ja wtedy robię swoje. I tak istniejemy razem i koło siebie, bez ograniczania się. Piotr stymuluje – możesz więcej, jesteś zdolna, potrafisz. Piotr zapewnia bezpieczeństwo – może przez to, że wiem, że poradzi sobie w każdej sytuacji. Kiedyś go obserwowałam jak musiał wyjechać samochodem terenowym z bagna, spomiędzy drzew, przejeżdżając na wprost przez zwalony pień. Nie znam nikogo innego, kto by to zrobił bez wyciągarki, po prostu myśląc i próbując. Przejechał. Ale też, ile razy się zakopiemy, razem przynosimy gałęzie, razem je podkładamy pod koła. Kiedyś razem leżeliśmy prawie pod samochodem, rękami wygarniając spod niego piach.

Myślę, że wielkim błędem jest wymaganie, aby drugi człowiek dokładnie spełniał nasze oczekiwania i robił wszystko według naszych oczekiwań. Ja zaakceptowałam fakt, że nasze życie przez ponad 10 lat toczyło się w samochodzie, przy robotach ziemnych, w niedogrzanych pokojach, z minusem na koncie. Akceptuję to, że kiedy ja marzę o nowym sportowym samochodzie, Piotr kupuje traktor (no, z 24 biegami do przodu i 12 do tyłu). Kiedy ja chciałabym mieć basen, on marzy o koparce. A kiedy oczekiwałam, że wreszcie mi wyzna swoją miłość (hmm, każda kobieta przechodziła przez ten etap), on nie czuł takiej potrzeby. I wreszcie – słuchając w radiu wywiadu z nim usłyszałam, że prosi o nadanie piosenki "Butterfly" Lennego Kravitza, z dedykacją dla mnie, bo beze mnie jak stwierdził, nie udało by mu się zrobić tego, co zrobił. Dla mnie, mój mąż jest niezwykły.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...